Blog
25 maja 2026
Czy pieniądze rzeczywiście szczęścia nie dają?
Za szczęście nie zapłacimy pieniędzmi, ale bez nich trudniej stworzyć warunki do tego, by zaistniało.
Osiem lat. Tyle wystarczyło, aby brytyjski śmieciarz Michael Carroll roztrwonił wygrane na loterii 10 milionów funtów. Po wydaniu fortuny na ekstrawaganckie imprezy, luksusowe samochody i mnóstwo używek mężczyzna całkowicie wyzerował licznik swojego konta bankowego i wrócił do zawodu. W wywiadach podkreślał, że nie żałował tego, w jaki sposób pożegnał się z bogactwem, choć jednocześnie przyznał, że tak gigantyczny zastrzyk pieniędzy wydobył z niego najgorsze cechy, a po powrocie do normalności nareszcie odzyskał spokój i równowagę.
William Post w latach 80. w loterii stanowej w Pensylwanii zgarnął około 16 milionów dolarów. Dla zmagającego się z problemami finansowymi mężczyzny mógł to być początek nowego, wspaniałego życia. Skończyło się jednak na olbrzymich długach, bo mało asertywny Post z chęcią godził się na liczne darowizny, pożyczki i wspólne interesy proponowane przez jego bliskich. Bankructwo pozbawiło go perspektywy na lepszą przyszłość, ale jednocześnie – w pewnym sensie – uratowało mu życie. Jego własny brat (za co zresztą został potem skazany) miał bowiem wynająć zabójcę, aby po śmierci Posta przejąć majątek zmarłego.
Na początku lat dwutysięcznych w amerykańskiej loterii Powerball padła rekordowa wygrana – 315 milionów dolarów. Właścicielem zwycięskiego losu okazał się Jack Whittaker. W przeciwieństwie do Carrolla i Posta, był on już majętnym człowiekiem, bo z powodzeniem od wielu lat prowadził firmę budowlaną i zarabiał miliony. Nagła fortuna jednak i w tym przypadku okazała się przeklęta. Whittaker popadł w hazardowy nałóg, a kilkoro jego bliskich przegrało walkę z uzależnieniem od narkotyków. Gdy był już bankrutem, wyznał, że wygrana przyniosła jego rodzinie więcej cierpienia niż szczęścia i gdyby mógł cofnąć czas, nigdy nie kupiłby zwycięskiego losu.
Według amerykańskiej Krajowej Fundacji Wiedzy Finansowej aż 70 proc. triumfatorów gier losowych w parę lat całkowicie traci pieniądze. A wraz z nimi często również rodzinę, partnerów, przyjaciół. Patrząc na losy Whittakera, Posta czy Carrolla łatwo jest dojść do wniosku, iż pieniądze szczęścia nie dają. Ale może problemem nie są one same, lecz ich nadmiar? A może nieumiejętność gospodarowania nimi odgrywa tu kluczową rolę? Czy nie jest tak, że do osiągnięcia pewnego poziomu życiowej satysfakcji pieniądze są wręcz niezbędne? Kiedy jednak powinniśmy stwierdzić, że to już ten etap i że wcale nie potrzebujemy więcej na koncie?
Szczęście za 100 tysięcy dolarów czy za milion złotych?
Ostatnie z powyższych pytań nie jest wcale tak otwarte, jak mogłoby się wydawać i można na nie uzyskać zaskakująco konkretne odpowiedzi. Daniel Kahneman oraz ekonomista Angus Deaton przeanalizowali wskazania ponad 450 tysięcy Amerykanów biorących udział w ankietach dotyczących życia, emocji i sytuacji finansowej. Uczestnicy badania odpowiadali między innymi na pytania o poziom stresu, smutku, radości czy satysfakcji, a naukowcy zestawiali te odpowiedzi z wysokością osiąganych dochodów. Wyniki pokazały wyraźną i dość oczywistą zależność: im więcej pieniędzy zarabiali badani, tym częściej deklarowali większy komfort psychiczny i wyższe poczucie szczęścia. Zależność ta utrzymywała się jednak do poziomu około 75 tysięcy dolarów rocznie. To właśnie tę kwotę badacze uznali za próg, w którym człowiek osiąga poziom finansowy pozwalający zaspokoić większość codziennych potrzeb i ograniczyć stres związany z pieniędzmi.
Badania Kahnemana i Daltona opublikowano w 2010 roku. Uwzględniając inflację, należałoby zapewne tę finansową „granicę szczęścia” skorygować do kwoty mniej więcej 100 tysięcy dolarów. Czy zadowoliłaby ona współczesnego, przeciętnego Amerykanina? O to wypadałoby już zapytać samych zainteresowanych. W ubiegłym roku natomiast – za pośrednictwem panelu badawczego Ariadna – o to, ile pieniędzy musieliby mieć, aby poczuli się szczęśliwi, zapytano Polaków. Najwięcej osób (28 proc.) wskazało na kwotę aż miliona złotych. 13 proc. badanych stwierdziło, że do szczęścia potrzeba im co najmniej pół miliona. Nieco mniej uczestników wybrało opcję 100 tysięcy złotych. Tylko co dziesiąty respondent zadowoliłby się 50 tysiącami. Jedna na osiem osób natomiast swoje szczęście wyceniła na kilka milionów złotych.
Ekonomia szczęścia, czyli kiedy wiemy, ile pieniędzy nas cieszy
Nawet jeśli niektórym z nas deklarowanie konkretnych kwot przychodzi z dużą łatwością, to już znacznie większym wyzwaniem jest precyzyjne określenie tego, co chcielibyśmy zrobić z tymi pieniędzmi, aby podwyższyć poziom zadowolenia z życia. Właśnie na bazie takich rozważań rozwinęła się ekonomia szczęścia – dziedzina próbująca sprawdzić, jak dochody i sytuacja materialna wpływają na ludzkie poczucie dobrostanu. Przez długi czas zakładano, że wzrost gospodarczy automatycznie przekłada się na większe zadowolenie społeczeństwa. W latach 70. amerykański ekonomista Richard Easterlin zauważył jednak coś zgoła innego. Choć mieszkańcy Stanów Zjednoczonych z dekady na dekadę stawali się coraz bogatsi, poziom deklarowanego szczęścia nie rósł proporcjonalnie do zarobków i konsumpcji. Zjawisko to nazwano później paradoksem Easterlina. Badacze zaczęli więc analizować nie tylko same dochody, ale również emocje, stres, relacje społeczne czy poczucie sensu życia. Coraz wyraźniej widać było bowiem, że człowiek może żyć w ogromnym komforcie materialnym, a mimo to wcale nie czuć się spełniony.
Dyskusję wokół związku pieniędzy i szczęścia po latach ponownie rozgrzały badania Matthew Killingswortha. Amerykański psycholog analizował codzienne samopoczucie tysięcy ludzi za pomocą specjalnej aplikacji, która regularnie pytała uczestników między innymi o aktualny nastrój, wykonywane czynności i wysokość dochodów. Wyniki sugerowały, że poczucie szczęścia może rosnąć także po przekroczeniu słynnej finansowej granicy wskazywanej wcześniej przez Kahnemana i Deatona. Killingsworth zauważył jednak coś jeszcze ważniejszego – największą poprawę dobrostanu dawały pieniądze pozwalające człowiekowi odzyskać poczucie kontroli nad codziennym życiem. Badani znacznie częściej deklarowali wyższy poziom szczęścia wtedy, gdy wyższe zarobki ograniczały ich stres, pozwalały uniknąć życia „od pierwszego do pierwszego” albo dawały większą swobodę w dysponowaniu własnym czasem. Chodziło więc nie tyle o luksus, ile o możliwość spokojniejszego funkcjonowania bez ciągłego napięcia finansowego. Wyniki badań sugerowały, że pieniądze najmocniej wpływają na szczęście wtedy, gdy przestają być źródłem codziennych obaw i zaczynają dawać człowiekowi poczucie bezpieczeństwa oraz większej niezależności.
Dlaczego wciąż chcemy więcej?
Problem polega jednak na tym, że człowiek bardzo szybko oswaja nawet to, co jeszcze niedawno wydawało mu się spełnieniem marzeń. W psychologii i ekonomii zjawisko to określa się mianem hedonistycznej adaptacji. Mechanizm jest stosunkowo prosty: nowy samochód, większe mieszkanie, podwyżka czy długo wyczekiwany awans początkowo wywołują ekscytację i poprawiają samopoczucie, ale po pewnym czasie stają się zwyczajnym elementem codzienności. Człowiek przyzwyczaja się do wyższego standardu życia zaskakująco szybko, a jego oczekiwania niemal automatycznie rosną razem z nim. Co istotne, mechanizm ten działa niemal w każdej grupie społecznej – zarówno u ludzi ledwo wiążących koniec z końcem, jak i u milionerów, którzy mimo ogromnego majątku, nadal czują nienasycenie.
Z hedonistyczną adaptacją mocno łączy się także teoria odniesienia, według której nasze poczucie sukcesu zależy nie tyle od tego, ile rzeczywiście mamy, lecz od tego, jak wypadamy na tle innych ludzi. Człowiek zarabiający dziesięć tysięcy miesięcznie może uważać się za spełnionego, dopóki nie zacznie codziennie otaczać się ludźmi zarabiającymi trzy razy więcej. Kupujemy telewizor za kilka tysięcy złotych i przez moment wydaje nam się, że właśnie weszliśmy na wyższy poziom komfortu. Wystarczy jednak jedna wizyta u znajomych posiadających sprzęt dwa razy droższy, aby ekscytację błyskawicznie zastąpiło poczucie niedosytu.
Mechanizm ten od lat obserwują także psychologowie sportu. Zawodnicy zdobywający srebrne medale często wyglądają na bardziej rozczarowanych niż ci kończący rywalizację na trzecim miejscu. Brązowi medaliści skupiają się zwykle na tym, że udało im się stanąć na podium, natomiast srebrni permanentnie rozpamiętują finałową porażkę i myślą przede wszystkim o tym, jak niewiele zabrakło im do zwycięstwa. Człowiek niezwykle rzadko ocenia więc własne życie w oderwaniu od innych. Znacznie częściej patrzymy na to, kto znajduje się przed nami, niż na to, jak daleko sami już zaszliśmy.
Internet psuje wartość pieniądza
Presję tego mechanizmu wyraźnie widać dziś w mediach społecznościowych, które praktycznie bez przerwy podsuwają nam obrazy cudzych sukcesów, egzotycznych wakacji i luksusowego życia. Nigdy wcześniej nie obserwowaliśmy na taką skalę ludzi bogatszych, atrakcyjniejszych czy odnoszących większe sukcesy. W efekcie nawet obiektywnie wysoki standard życia coraz częściej przestaje dawać satysfakcję, bo zawsze pojawia się ktoś posiadający więcej.
Wyobraźmy sobie prostą sytuację: ciężko zaoszczędzone pieniądze postanawiamy wydać na wykwintny obiad w znanej restauracji. Robimy zdjęcie pięknie podanego dania, wrzucamy je na Instagrama i przez chwilę naprawdę autentycznie się cieszymy. Przynajmniej do momentu, gdy kilka minut później widzimy relację znajomego z pracy siedzącego w jeszcze bardziej ekskluzywnym lokalu, z droższym winem i kolacją kosztującą tyle, co nasze tygodniowe zakupy. Ekscytacja błyskawicznie słabnie, a satysfakcję zastępuje poczucie, że wciąż jesteśmy gdzieś „niżej”. W takich momentach bardzo łatwo zaczynamy wierzyć, że do szczęścia potrzeba nam po prostu jeszcze większych pieniędzy, choć przecież chwilę wcześniej byliśmy szczerze zadowoleni z tego, co już mamy.
Internet sprawił również, że pieniądze stały się czymś znacznie bardziej widocznym niż kiedykolwiek wcześniej. Dawniej człowiek porównywał się głównie do sąsiadów, znajomych czy ludzi ze swojego otoczenia. Dziś każdego dnia zaglądamy do świata celebrytów, influencerów i milionerów, którzy nieustannie prezentują luksus jako coś całkowicie normalnego. W efekcie granica między realnymi potrzebami a aspiracjami zaczyna się zacierać. Coraz trudniej odróżnić rzeczy, które rzeczywiście poprawiają jakość życia, od tych, które mają jedynie budować wizerunek sukcesu. Pieniądze przestają więc być wyłącznie sposobem na spokojniejsze funkcjonowanie, a coraz częściej stają się celem samym w sobie — symbolem pozycji, prestiżu i potwierdzeniem własnej wartości.
Polacy i bez milionów na koncie czują się szczęśliwi
Być może właśnie z tego powodu – co pokazuje sondaż Ariadny – tak łatwo jest nam dziś wycenić szczęście i zamknąć je w konkretnej kwocie. W tym samym badaniu prawie 70 proc. uczestników otwarcie przyznało, że pieniądze dają szczęście (choć odpowiedź „zdecydowanie tak” wybrało w tym gronie jedynie 17 proc. respondentów). Większość z nas nie dysponuje jednak na koncie setkami tysięcy czy milionami złotych. Czy to oznacza, że funkcjonujemy na co dzień w nieszczęśliwym społeczeństwie? Bynajmniej. Europejski Sondaż Społeczny z przełomu 2023 i 2024 roku pokazał, że 77 proc. Polaków jest bardzo szczęśliwych, a 74 proc. bardzo zadowolonych z życia. Ogólną satysfakcję w raporcie „Zadowolenie z życia w 2024” CBOS wskazało ośmiu na dziesięciu naszych rodaków. W podobnym czasie swoje badania przeprowadziło też IPSOS – tu wyniki niewiele się różniły, bo 72 proc. Polek i Polaków zadeklarowało bycie szczęśliwymi.
W każdym z tych przypadków rezultaty były bardziej optymistyczne niż rok, dwa czy trzy lata wcześniej. Przez cały ten czas wzrosły oczywiście nasze zarobki, ale jednocześnie zaczęliśmy również więcej wydawać. Nie staliśmy się więc bogatsi, a mimo to jesteśmy szczęśliwsi. Czy zatem pieniądze na owe szczęście aż tak mocno nie wpływają? Gdy spojrzymy na wskazywane przez respondentów źródła szczęścia, najczęściej były to dzieci, partnerzy, miejsce zamieszkania czy relacje towarzyskie. Nieco rzadziej ogólne warunki życia czy stan zdrowia. Wśród najchętniej powtarzanych odpowiedzi na próżno więc szukać tych, które bezpośrednio wskazują na posiadanie pieniędzy.
W małe i duże szczęścia trzeba jednak inwestować
Trudno spokojnie budować szczęśliwe życie rodzinne, gdy człowiek nie ma za co opłacić rachunków, kupić dzieciom ubrań czy zapewnić im leczenia i edukacji. Relacje, poczucie bezpieczeństwa i komfort codzienności również w dużym stopniu zależą od sytuacji materialnej. Nawet zdrowie, które tak często wskazujemy jako jedno z najważniejszych źródeł szczęścia, nierozerwalnie powiązane jest z pieniędzmi — dostępem do specjalistów, jakościową dietą, odpoczynkiem czy możliwością życia bez chronicznego stresu. Pieniądze nie muszą więc bezpośrednio dawać szczęścia, aby realnie wpływać na wiele elementów, z których to szczęście później budujemy. Być może właśnie dlatego tak ciężko oddzielić dobrostan psychiczny od sytuacji finansowej.
Podobnie wygląda to w przypadku pracy, która dla wielu ludzi stanowi jedno z najważniejszych źródeł poczucia sensu, spełnienia i własnej wartości. Można lubić swój zawód, rozwijać się i czuć satysfakcję z wykonywanych obowiązków, ale trudno mówić o pełnym zadowoleniu, gdy wynagrodzenie nie pozwala normalnie funkcjonować lub nie spełnia naszych oczekiwań. Człowiek pracujący ponad siły i jednocześnie żyjący od wypłaty do wypłaty bardzo szybko zaczyna odczuwać frustrację, nawet jeśli początkowo wykonywał swoją pracę z pasją. Badania CBOS pokazują, że dochody i sytuację materialną jako źródło szczęścia wskazało jedynie 38 proc. respondentów. To bardzo niewiele w porównaniu z rodziną, relacjami czy zdrowiem, ale jednocześnie trudno nie zauważyć, że właśnie pieniądze bardzo często pozwalają te obszary życia utrzymać w stabilności. W praktyce okazuje się więc, że finanse rzadko bywają najważniejszym źródłem szczęścia, ale bardzo często decydują o tym, jak łatwo możemy odnaleźć je gdzie indziej.
Prawdziwym szczęśliwcem ten, kto wie, czym jest dla niego szczęście
W kultowej polskiej komedii „Jak rozpętałem II wojnę światową” główny bohater, czyli Franek Dolas, w jednej ze scen zachęca gapiów do zagrania z nim w karty hasłem: „Każdy szczęściu dopomoże, każdy dzisiaj wygrać może”. I właśnie to „dopomaganie szczęściu” motywuje nas do kupienia losu na loterii lub „puszczenia” kuponu. Gdy myślimy o wielkiej fortunie, nie wizualizujemy sobie liczb na koncie, a konkretne rzeczy, na które będzie nas stać. Dla jednych będzie to kupno domu, finansowe zabezpieczenie rodziny, możliwość uruchomienia własnego biznesu albo rozwój osobistych pasji. Dla innych – luksusowe auta, okazałe apartamenty, niekończące się imprezy i beztroskie podróże po całym świecie. Każdy z nas inaczej definiuje i postrzega szczęście, ale wszystkich nas łączy to, że pieniądze właśnie temu szczęściu – jakichkolwiek by ono nie było rozmiarów i jakichkolwiek nie wymagałoby nakładów – „dopomagają”.
Michael Carroll, William Post czy Jack Whittaker również wierzyli, że wielkie pieniądze „dopomogą” ich szczęściu. Problem w tym, że sami chyba do końca nie wiedzieli, czym owo szczęście właściwie miało być. Zupełnie inaczej swoją fortunę wykorzystał Kanadyjczyk Tom Crist, który po wygraniu około 40 milionów dolarów praktycznie całą kwotę przekazał organizacjom walczącym z nowotworami. Z kolei Cynthia Stafford po zdobyciu ponad 100 milionów dolarów skupiła się głównie na zapewnieniu stabilizacji swojej rodzinie i rozwijaniu własnych projektów biznesowych. Różnica między tymi „szczęśliwcami” wydaje się dość istotna: jedni szukali szczęścia w samych pieniądzach, bo nie potrafili go znaleźć nigdzie indziej, drudzy od początku wiedzieli, do czego konkretnie są im potrzebne pieniądze i czym chcą siebie i innych uszczęśliwić.
Są rzeczy, których nie kupisz za pieniądze
Kilkanaście lat temu dużą popularnością cieszyła się telewizyjna reklama jednej z globalnych marek. Jej przekaz oparty był na prostych komunikatach i doczekał się wielu różnych wersji. Jedna z nich pokazywała mężczyznę i dziecko wybierających się na sportowe widowisko. Na ekranie pojawiały się napisy następującej treści: „Dwa bilety na mecz – 120 dolarów. Hot dogi i napoje – 15 dolarów. Program meczowy – 5 dolarów. Spędzenie czasu z synem – bezcenne”. Zwykła reklamowa treść, a jednocześnie doskonała ilustracja korelacji pomiędzy pieniędzmi a szczęściem. Bo przecież równie dobrze listę wydatków można byłoby jeszcze mnożyć, ale gdyby zabrakło ostatniego zdania, nie miałyby one większego sensu. Wyobraźmy sobie samotnie siedzącego na trybunach chłopca, podczas gdy jego ojciec w kuluarach stadionu wydzwania kontrahentów i dopina kolejne umowy.
A teraz wykasujmy z tej reklamy całą wcześniejszą wyliczankę i zostawmy wyłącznie ostatnie zdanie. „Spędzenie czasu z synem – bezcenne”. Nagle okazuje się, że do poczucia szczęścia wcale nie był potrzebny stadion, bilety i sportowe widowisko za kilkaset dolarów. Równie dobrze można przecież usiąść razem na kanapie, obejrzeć mecz w telewizji i zjeść domowe kanapki. Bo choć pieniądze bardzo często pomagają tworzyć komfortowe warunki do przeżywania szczęśliwych chwil, same w sobie nie są gwarancją, że człowiek rzeczywiście będzie potrafił je przeżyć. Nawiązując do treści spotu – są rzeczy, których nie kupisz za pieniądze. I wydaje się, że szczęście jest jednym z nich.